| Biuro Turystyki Kajakowej AS-TOURS | PROZONE - wypożyczalnia kamer GoPro! | KONKURS RELACJA MIESIĄCA |

Znalezione wyniki: 477

Wróć do listy podziękowań

Wieprz nie taki zły - 26.04.14

Pozwolę sobie rozpocząć wątek, gdyż czuję się trochę prowodyrką tego zamieszania :lol: Zanim posypią się tu relacje, to zacznę niejako od końca, przedstawiając zdjęcie uczestników dzisiejszego spływu, jakie zrobiliśmy sobie przed rozjazdem do domów. Od lewej: Czołg, Amico, Maga, Krzyś i Ted. U stóp naszych mój piękny, po raz pierwszy zwodowany (z... pompą, można powiedzieć 8-) ) Mustang.
DSCF6289mini.jpg
przez Maga
26 kwietnia 2014, o 17:49
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Fotografia cyfrowa kontra analogowa.

Dla mnie co jak co,analogowa fotografia przyciągała właśnie tym,że było ciężej zrobić dobre zdjęcie,a dziś zamiast zdjęc mamy Photoshopa.
przez ZygfrydSala
2 czerwca 2014, o 08:36
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Wieprz Hutki-Guciów 08-06-14

Korzystając z zamówionej przez Czołga pogody (a ma chłopak chody albo nieźle się musiał wielebnemu na tace rzucić) wraz z Maga i jej przyjaciółmi z PTTK sprawdziliśmy co tam na Wieprzu słychać. Dzięki zaprzyjaźnionej firmie RELAks pana Mariusza Szymańskiego (http://www.splywykajakowe.roztocze.net.pl) mieliśmy możliwość spłynąć początkowym etapem Wieprza tj. trasa Hutki - Guciów. Powyżej Wieprz jest niespływalny a za Guciowem zaczyna się ścisły rezerwat przyrody i mino prób uzyskania zezwolenia na pływanie trasą Guciów- Obrocz trasa jest zamknięta. Spotkaliśmy się po godzinie 10 nad zalewem Rudka i busem organizatora (którego w odróżnieniu od eksploatatorów Drzewiczki widzieliśmy na własne oczy) wraz z 4rema kajakami pojechaliśmy do Hutek. Jednogłośnie obraliśmy Magę komandorem spływu i po chwili szybko i sprawnie byliśmy na wodzie...

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000001.JPG
W Hutkach Wieprz ma niewiele powyżej 3 m szerokości.

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000003.jpg
Lecz mimo to w niczym mu to nie ujmuje na atrakcyjności....

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000004.JPG
Nie wspominając już o atrakcyjności pobliskich knajpek... Hm mmm no dobra... jednej knajpki... :-D

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000009.JPG
Ale my oczywiście woleliśmy skorzystać z dobroczynności cienia i zielonej trawki...

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000008.JPG
Za Bondyrzem robi się troszkę szerzej i płyniemy prawie cały czas pod parasolem drzew.

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000011.JPG
Rzeka kręci i wije się a co chwila w wodzie pławią się konary.

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000012.JPG
Zwłaszacz to "upadłe" drzewo dało nam popalić...

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000013.JPG

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000014.JPG

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000015.JPG

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000020.jpg
Tutaj nawet doszło do nabrania wody do kajaka. Niestety żadna kabina nie uatrakcyjniła dodatkowo spływu.
Gratki dla Wszystkich za sprawne i bezproblemowe pokonanie trasy.


http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000016.JPG
Woda woda ale i brzegi obfitowały w piękne widoki...

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000021.jpg
Takie tam na mostku... :-D

http://pl.fotoalbum.eu/images1/201305/234135/815278/00000002.jpg
I nie mogło się obyć bez zasłużonego ogniska... Kiełbaski i boczek z kija albo bigos nigdy tak nie smakuje jak po odrobinie wysiłku na wodzie.....

Dziękuję Wszystkim którzy chcieli odwiedzić Roztocze zapraszam ponownie w jak największym gronie.

PS. Maga bardzo mi miło że miałem okazje poznać tak fajną ForumoWodniaczkę.
przez skored
9 czerwca 2014, o 15:36
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

2014-08-10 Czarna Konecka - w pełnej krasie

Ten spływ planowany był pod koniec maja, ale doszedł do skutku dopiero teraz. Rzeka bardzo piękna, dzika, eksplodująca zielenią. Widoki czarujące. Widziałem bobra, który płynął przede mną, a potem zanurkował, sarnę, która przebiegła przez rzekę na płyciźnie (to nie pierwszy raz). Była czapla, myszołów i inne stwory. Kiedyś rzeka była bardzo zwałkowa - dziś jakby mniej, ale miłośnicy przeszkód i tak byliby usatysfakcjonowani. Po dwudziestej zwałce przestałem liczyć, a przepłynęliśmy niecałe 10% trasy, potem utrudnień nie brakowało. Jestem zmęczony, ale bardzo zadowolony - kolega, z którym miałem przyjemność płynąć też był pod wrażeniem. Przepłynęliśmy ponad 28km.
Zdjęcia tutaj:
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/20140810CzarnaKoneckaWPeNejKrasie

https://lh4.googleusercontent.com/9hpCUbd-KHgZtFrbYvLU6EQnY3UyGYVWgjuUBwUX4w=w564-h423-no

https://lh4.googleusercontent.com/-lEeutCQoof4/U-eyqaOelXI/AAAAAAAANQg/oxT4fslJ4Yo/w564-h423-no/DSCF3942.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-BtFJ_PWNWyo/U-ezLxTTgxI/AAAAAAAANSQ/TViwKWljGKU/w564-h423-no/DSCF3956.JPG

przez Prus
10 sierpnia 2014, o 21:56
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Pilica . SZCZEKOCINY-PRZYŁĘK

Fajne zdjęcia, uśmiałam się z rogów i ze szpaleru. No i kolejny gumotex na forum, cudownie.
przez Maga
11 sierpnia 2014, o 13:41
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Liswarta grzechu warta

:||:
Niezły ten mostek. W ogóle fajne spokojne rejony.
Mam taki sam kapelutek 8-)
przez ra_dek
12 sierpnia 2014, o 01:05
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Liswarta grzechu warta

:||: Fajna okolica. Mostki też, ja widze 3 fajne mostki ;)
przez oliwa
12 sierpnia 2014, o 09:25
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Wda w Thaiti

Raz że każdy spływ zasługuje na uznanie :D
Dwa z czasem tematy trafiają do bazy rzek a tu zostaje link/przekierowanie. Jak ktoś będzie szukał np. Wdy to trafi i w jednym miejscu znajdzie wszystko o Wdzie 8-)

P.s. Sylwek na forum nie ma żadnego Bossa, a ten gość co tu sprząta nic nie wywala tylko przenosi ;) :lol:
przez ra_dek
12 sierpnia 2014, o 16:44
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Quick Canoe 155 - budowa

ra_dek napisał(a)::||:

Ten "kilik" był w projekcie?


Projekt uwzględnia taaaaaki kil ;)

Obrazek

Ja dałem taki mały na wszelki wypadek, bo dno trochę sprężyste było ;).
przez Artur
12 sierpnia 2014, o 21:40
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Nie masz wystarczających uprawnień, aby przeglądać ten dział.
przez Sylwek
12 sierpnia 2014, o 22:18
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: 2014-08-10 Czarna Konecka - w pełnej krasie

...Jaka jest częstotliwość przeniosek na odcinku 20km? Może nerwowo wytrzymam...
Niby nieduża. Na odcinku 28 km obnieśliśmy 4 sztuczne progi i jedną zwałkę - kilka sosnowych pni (żywica, łapy się lepią) rozrzuconych co metr co dwa metry. Ale w dmuchawcu obniesiesz ich dużo więcej. Jeżeli jesteś zdeterminowany i gotów na przeszkody i przeciwności, to polecam odcinek z Janowa Starego albo z Wąsosza (wcześniej raczej nie próbuj, ostatecznie z Czarnej, to jeszcze 2,5-3,0km). Na początku jest trochę zwałek, ale potem już spokojnie. Tyle, że dużo komarów i trzeba upolować dobry stan wody, bo płycizny dadzą się mocno we znaki. Do Sielpi to około 15,5 lub 13,5km (zależy gdzie zaczniesz), bez sztucznych progów. Za Sielpią jest odcinek około 20km (Pointer pokonał go w Pointerze), ale już mniej atrakcyjny, za to mniej uciążliwy. Są ładne odcinki przez las, niezbyt dużo zwałek, ale są też fragmenty ze stojącą wodą. Dużo sztucznych progów. Obydwa te odcinki można zrobić w dwa dni. Potem już było kłopotliwie, zwałki, płycizny.
W długi weekend planujemy zrobić jeden z łatwiejszych odcinków z żonami, albo wybierzemy się na Wierną Rzekę. Zobaczymy.
Poniżej zdjęcia z moich przygód z Czarną:
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/Sielpia20092010r
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/CzarnaMaleniecka04062011r
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/SielpiaICzarnaMaleniecka09052012r
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/EksploracjaCzarnejKoneckiejIKawaKaKrasnej07062012r
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/20130616CzarnaKonecka
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/20140622CzarnaZSielpiWielkiejDoKoOncaMaEgo02
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/20140629CzarnaZKoOncaDoRozenka
https://picasaweb.google.com/118013363861239332615/20140810CzarnaKoneckaWPeNejKrasie
przez Prus
12 sierpnia 2014, o 23:10
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Pychówką po Narwi - 14.08

Korzystając z porady forumowego kolegi Peterki oraz z sugestii przewodnika po Podlasiu, zdecydowałam się zobaczyć Narew z poziomu bardzo zacnej łodzi - pychówki. Okazało się, że podane w przewodniku telefony kontaktowe do właścicieli pychówek są już nieaktualne, zadzwoniliśmy zatem do siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie. I tak oto rano stawiliśmy się na przystani na terenie dyrekcji parku. Pychówka już na nas czekała wraz z przesympatycznym "pychówkowym", dziadkiem, który za wiele nie mówił, ale z łodzią radził sobie świetnie. A miał dziś pole do popisu, bo po wczorajszych ulewach i burzach woda nie była spokojna i wiatr dawał się we znaki - pychówką nieźle nosiło na boki. Początkowo płynęliśmy krótkim dopływem, wśród naprawdę gęstych roślin wodnych, by potem wpłynąć na niezbyt szeroką w tym miejscu Narew, pięknie meandrującą wśród trzcin. Ich śpiew był dziś naprawdę porywający i można było zagubić się na rzece... jak onegdaj wielu żeglarzy poddało się śpiewowi syren. Trasa niezbyt długa, około 8 km, zajęła nam dwie godziny. A jak było, to w niewielkiej części może pokażą poniższe zdjęcia.
DSCF8309fw.jpg
DSCF8313fw.jpg
DSCF8319fw.jpg
DSCF8320fw.jpg
DSCF8322fw.jpg
DSCF8325fw.jpg
DSCF8343fw.jpg
DSCF8356fw.jpg
DSCF8370fw.jpg
DSCF8375fw.jpg
przez Maga
14 sierpnia 2014, o 22:14
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Nie masz wystarczających uprawnień, aby przeglądać ten dział.
przez ewa
15 sierpnia 2014, o 10:11
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Pilicą do Wisły, Wisłą do Bałtyku.

To mój pierwszy post na tym forum, a więc: cześć!

Mam na imię Kuba i około miesiąc temu udało mi się zakończyć spływ pneumatycznym, ożaglowanym kajakiem Pilicą do Wisły i Wisłą do Bałtyku. Poniżej zamieszczam relację, na wypadek, gdyby okazała komuś do czegoś przydatna (czuję się lekko zobowiązany, bo przygotowując się do spływu korzystałem z informacji z tego forum).

Kto?
Powiedzieć że mam "żadne" doświadczenie wodne to skłamać, powiedzieć, że mam "małe" to przesadzić. Łącznie uzbierałoby się tego: godzinka kajakiem po stawie jak miałem z 6 lat, godzinka łódką z tatą trochę później, dwa/trzy pływania na rowerze wodnym, kilka kilkugodzinnych pływań w charakterze załogi na 470 i małej kabinówce na zalewie włocławskim oraz fartem 2 tygodnie na jachcie na morzu. Ot i wszystko.

Dlaczego?
Pomysł narodził się w zimie właściwie znikąd. Podświadomie zawsze lubiłem łodzie, wodę i tym podobne klimaty, jednak poza krótkim epizodem w klubie sportów wodnych na sferze podświadomości zawsze się kończyło. Szalę przeważyła (chyba?) znaleziona w internetach fotografia jakiegoś dziadka na pontonie z żaglem z parasola ogrodowego. Poza tym tak się szczęśliwie złożyło, że akurat kończyła mi się umowa o pracę, miałem trochę oszczędności i sporo wolnego czasu.
Pokój zamieniłem w czytelnio-szkutnię i kilka kolejnych miesięcy zeszło mi na czytaniu, planowaniu i trochę nawet budowaniu.

Czym?
Ponieważ mieszkam w bloku i nie mam auta decyzja o kupnie pneumatyka była chyba naturalnym wyborem. Ponieważ brałem pod uwagę możliwość, że ostatecznie całe to kajakarstwo może mi się nie spodobać, a także, że pneumatyk można zwyczajnie przebić szukałem raczej czegoś nieprzepłaconego, po czym nie będę długo płakał gdyby coś się z nim stało.
Ma się rozumieć patrzyłem też na relację jakość-cena - stąd programowo zrezygnowałem z najtańszych marketówek (czy słusznie - nie wiem).
Zdecydowałem się na Sevylor Columbus, który w promocji kosztował trochę ponad 600 zł. Niby cerata tak jak i Sevylor Tahiti (tak przynajmniej czytałem na forach), ale przynajmniej obciągnięta szmatką (czy to cordura czy nie niech specjaliści rozstrzygają), 3 komory i gwintowane zawory (oprócz podłogi).
Dla porządku dodam, że jakiś czas po otrzymaniu kajaka, jeszcze przed pierwszym wodowaniem znikąd pojawiła mi się dziurka na burcie, jednak firma w której go kupowałem ekspresowo i bezproblemowo wymieniła mi go na nowy.
Miałem więc kajak, nie miałem wioseł. Bardzo chciałem składane, bardzo nie chciałem wydawać prawie dwustu złotych. W komórce znalazłem stare wiosła od marketowego pontonu, wykorzystałem więc ich plastikowe pióra, osadzając je na starym aluminiowym, składanym maszcie od namiotu. Ostatecznie wiosła wyszły pięcioczęściowe, łączone na śruby (spiłowane), z okapnikami ze zrolowanej dętki rowerowej. Dla większej bajery środkową część pokryłem dętką rowerową.
Z perspektywy czasu zmieniłbym kąt osadzenia piór, bo zrobiłem jednakowy a z 90 stopniowym chyba jednak rzeczywiście wygodniej wiosłować (szczególnie jak wiatr wieje).
Kajaka i wioseł było mi mało, zacząłem kombinować z ożaglowaniem. Moje założenia: ma być maksymalnie proste, małe, składane i tanie. Przypadkiem wpadłem na rozwiązanie idealne dla mnie - żagiel łaciński (wzorowałem się trochę na suahilijskich łodziach dhow). Sam żagiel zrobiłem z materiału plandekowego (grubszy niż ta niebieska plandeka oferowana w marketach budowlanych), który dorwałem za kilka złotych w jednym łódzkim sklepie z takowymi materiałami + ductape'a. Żeby nie cudować ze żmijkami i remizkami zrobiłem w żaglu jedną dużą kieszeń na drzewce.
Same drzewce podobnie jak wiosła zrobiłem z 4 aluminiowych części masztu od namiotu. Przez pustą przestrzeń między nimi przeciągnąłem i zawiązałem shockcord - żeby w razie czego drzewce się nie rozłączyły.
Maszt tak jak drzewce zrobiłem składany - z dwóch aluminiowych (chyba) rur od odkurzacza, połączonych śrubą. Do tego w szczycie przewierciłem otwór i przeciągnąłem przez niego ucięty i zeszlifowany kawałek plastikowej obudowy od mazaka - powstało ucho do fału grota. Oprócz tego w pewnej długości masztu wywierciłem też dwa otwory w które wsadziłem własnej roboty knagę ze starego klocka do hamulca rowerowego. Żeby się nie ruszała zalepiłem ją taką plastyczną zastygającą masą, którą dostałem od kolegi - nie wiem jak się nazywa, ale trzyma jak beton.
Maszt trzyma się łodzi w dwóch punktach: przy dnie i na wysokości burty. Przy dnie osadzony jest w stopie masztu zrobionej z trójników i rurek hydraulicznych z PCV, na wysokości burty przechodzi przez otwór w takim minipokładzie. Minipokład trzyma się łodzi za pomocą 4cm parcianej taśmy, przechodzącej pod dnem i z przodu, za uchem do trzymania kajaka. Na minipokładzie osadzony jest też kątownik, do którego śrubą przymocowałem miecz holenderski (jeden), i dwie takie śruby z oczkami do których przyczepione są metalowe kółka, przez które przechodzą linki od steru. Minipokład i miecz zrobiłem z wodoodpornej sklejki.
Najgorzej wyszedł mi sam system sterowania. Płetwę sterową zrobiłem ze starej, niepotrzebnej, plastikowej deski do krojenia i ta wyszła jeszcze całkiem całkiem. Z rumpla musiałem zrezygnować, ponieważ zawadzałby o bagaże z tyłu kajaka, poza tym w pozycji w której siedziałem byłby dość niewygodny. Na zrobienie sterowania nożnego jestem za mało zdolny, wybrałem więc kompromis - sterowanie ręczne za pomocą linek. I to też byłoby w porządku, gdybym nie chciał systemu upraszczać za bardzo - zdecydowałem o 1 łączonej z 2 części rurze z PCV, przywiązanej do tyłu kajaka, na której miało być osadzone urządzenie sterowe. Niestety okazało się, że niezależnie od tego jak dobrze i mocno przywiążę - całość będzie się ruszać na boki. System koniecznie muszę poprawić.
Komplet uzupełniała żeglarska kamizelka ratunkowa Tribord - na pneumatyczne mnie nie stać, a asekuracyjnych nie chciałem. Ponieważ płynąłem sam byłem zdania, że lepiej przeholować z bezpieczeństwem niż się efektownie utopić. Tak czy siak wiosłowało się w niej bez problemów.
Żeby mi było ciepło w zimniejsze i deszczowe dni wymyśliłem też sobie piankę do nurkowania - akurat była w decathlonie w promocji za 5 dych więc postanowiłem przetestować - spisała się.

Co do akcesoriów obozowych wartych wspomnienia to:
- namiot Hannah Troll (igloo, 2os.+ bagaże)
- śpiwór Hannah Fall (kupiłem trochę za duży, ale i tak był dobry, wolę brać za ciepły niż potem marznąć)
- chińska saperka z bricomarche za 2 dychy z otwieraczem kapsli, piłką i tysiącem różnych pierdół;)
- scyzoryk Victorinox
- zalaminowana mapa Pilicy (mapy Wisły nie znalazłem, po trasie dopiero dowiedziałem się, że jest opisany odcinek od Bydgoszczy do ujścia - jako fragment międzynarodowej drogi wodnej)
- garnek i pokrywka
- kubek metalowy
- nakręcany palnik i 450g kartusz
- szmata do podłogi z mikrofibry Jan Niezbędny jako ręcznik

Transport tego wszystkiego opierał się o:
- szarą torbę na kajak, którą dostałem wraz z nim + własnej roboty szelki zamieniające ww. torbę w plecak (parciany pas z szelek dublował się jako element przymocowywania minipokładu do kajaka)
- 10 l plastikową beczkę do peklowania i kiszenia (okazała się super - wchodzi idealnie między burty, trzyma się, nie wypada, nie przecieka, można w niej trzymać wystające, ostre, kanciaste przedmioty)
- 30 l. nieprzemakalny worek Aquarius GoPack (na ubrania i śpiwór)
- grube worki na śmieci z marketu (na namiot i buty).
- duża torba podróżna (do lądowego transportu beczki, wioseł, ożaglowania, steru, namiotu, na wodzie zamiast nich trzymałem w niej jedzenie)

Dokąd?
Nie wiem skąd wziął się pomysł spływu akurat tą trasą, na pewno przyczyniły się do tego:
- słyszałem i czytałem, że Pilica i Wisła są ładne
- na wybranej przeze mnie trasie nie ma na nich specjalnych przeszkód
- obie rzeki są relatywnie łatwe (przynajmniej tak czytałem)
- są w miarę blisko miejsca mojego zamieszkania
- taka trasa pozwala "potrenować" na mniejszej rzece, przed wypłynięciem na większą
- taka trasa pozwala na w miarę długi, zróżnicowany i ciekawy spływ

Jak?
Założenia spływu były takie:
- ma być przyjemnie - jeśli aura nie sprzyja - nie płynę
- nie będę się mordował wzamian za kilka kilometrów więcej
- na wodzie nie będę szarżował - paranoicy i tchórze żyją dłużej ;)
- zero alkoholu na wodzie (choć banał to nie szkodzi wspomnieć)

Właściwa relacja (w relacji opisuję tylko dni na wodzie, których było około 14, na lądzie spędziłem drugie tyle):

Dzień 1:
Wodowanie w Spale, pierwsze złożenie całej łodzi i zaształowanie wszystkiego nie zajęło mi dłużej niż 1,5h a więc super. Co prawda robiłem to "na sucho" w domu tysiące razy, ale tak czy siak dobrze.
Pogoda była śliczna, chociaż po drodze mijałem sporo kajakarzy (indywidualni i grupy), to jednak rzeka i tak wydaje się "dzika", nie ma wrażenia jakiegoś tłoku. W Inowłodzu zrobiłem przerwę na zakupy, żeby było lżej, do miejsca wodowania jechałem bez żadnego prowiantu. Minąłem tam też bystrze - spodziewałem się niewiadomo czego, a było spokojnie.
Jak już wspominałem nie miałem większego pojęcia o kajakarstwie i wiosłowaniu, stąd też zakładałem, że w ciągu dnia zrobię około 10/20 km. Pierwszego dnia wyszło mi 40. :) Ba, zrobiłem nawet z 200 metrów pod prąd - kiedy okazało się, że nad wpadającą do Pilicy rzeką Drzewiczką znajduje się smażalnia ryb (tanio nie było, ale za to smacznie;). O ile dobrze pamiętam kawałek przed Drzewiczką jest kawiarnia/bar tuż przy samej wodzie i chyba nawet z pomostem - nie skorzystałem, ale miejsce wydawało się sympatyczne.
Jedyną niefartowną decyzją tego dnia było miejsce na nocleg - raz, że na dwumetrowej skarpie, więc wciągając kajak + rzeczy na górę trochę się ubłociłem, dwa, że komary zjadły mnie żywcem. Dobrą stroną tego wydarzenia był przyspieszony kurs zachowania w takiej sytuacji: jak najszybciej ubrałem się od stóp do głów, szybko rozłożyłem namiot i dopiero pod osłoną moskitiery na spokojnie sobie wszystko porządkowałem. Ze względu na wieczór i komary planowane ognisko zamieniłem na kuchenkę turystyczną. Wieczorem musiałem się też nasmarować żelem łagodzącym oparzenia po opalaniu - z wrażenia zapomniałem nasmarować się olejkiem do opalania i efekty tego odezwały się na przedramionach i kolanach. I znów dobra strona złej przygody: podczas następnych dni nigdy już nie zapomniałem się nasmarować.
Warte odnotowania: bardzo się bałem przepływania pod mostami, dwa tygodnie przed spływem widziałem bystrze za mostem kolejowym w Tomaszowie Mazowieckim i myślałem sobie, że to zawsze tak wygląda - na szczęście okazało się, że pod mijanymi mostami było dużo spokojniej.

Dzień 2: Chociaż budząc się na chwilę w nocy bolały mnie ręce i myślałem, że chyba tego dnia nie popływam, to jednak rano wstałem jak nowonarodzony i przepłynąłem kolejne 40 km. Z ciekawostek: na prawym brzegu (nie pamiętam gdzie), mijałem pastwisko, z którego stado koni i krów schodziło sobie do wody plażą napić się. Bardzo malownicze.
Nocowałem w okolicy Bud Michałowskich na polance u przemiłego pana, którego profilaktycznie zapytałem czy mogę się rozbić. Przypadkiem zapoznałem się też z ogrodzeniem elektrycznym jego pola, myśląc (?) że to sznurek.

Dzień 3: Końcówka Pilicy. W Warce poszedłem na zakupy, kajak zostawiłem przycumowany koło ośrodka/wypożyczalni kajaków (lewy brzeg, tuż za pierwszym mostem, okolice ulic Solec i Nowy Zjazd) pod opieką miłych państwa, którzy akurat tam sobie plażowali. Dopływając do Wisły nawet nie wiedziałem, że na nią wpływam, jednak już wpłynąwszy obejrzałem się, zobaczyłem Wisłę w całej krasie i jednak różnicę w szerokości dało się wyczuć.;) Na spokojnie dobiłem do pierwszej wielkiej piaszczystej plaży (nie wiem czy była to kępa czy półwysep), z obawy, żeby w nocy woda nie podeszła przeciągnąłem kajak i rzeczy ze 100 m. w głąb plaży, nazbierałem opału i zrobiłem sobie pierwsze ognisko podczas podróży. Ognisko i pstrąg (kupny) z ogniska były bardzo fajne, komary, które trzymały się mimo ogniska już niespecjalnie. Zamiast planowanej długiej posiadówy przy ogniu wróciłem do namiotu i poszedłem spać.

Dzień 4: Dzień żagla! :) Co prawda przepłynąłem żenująco mało tj. jakieś 20 km. do Góry Kalwarii jednak za to część drogi na żagielku! Z uwagi na fakt, iż wiało raczej N, "część" drogi ograniczała się najczęściej do płynięcia na drugi brzeg, żagielek pozwalał iść niewiele ostrzej niż półwiatrem, musiałem więc nieco zrewidować plany żeglugi nad morze. Nieco = zamiast żeglować wiosłuję.
Z ciekawszych wydarzeń to pomyliły mi się wejścia za mostem do portu w Górze Kalwarii. Na mapce miałem zaznaczony normalny port, tymczasem pierwsze wejście było tak straszliwie zarośnięte rzęsą, glonami i plugastwem, że zrezygnowałem i zamiast tego przybiłem obok niepracującego statku wybierającego piasek z Wisły. Po przycumowaniu okazało się, że tuż za tym statkiem było wejście do normalnego portu. No cóż. Po powrocie z zakupów od wędkarza pilnującego mi kajak dowiedziałem się, że zaraz za mostem kolejowym na prawym brzegu jest świetna kępa, na którą ciężko dostać się z lądu, więc będzie dla mnie super miejscem na biwak. Oczywiście jak to w takich razach bywa zaraz po przycumowaniu do kępy okazało się, że jest już zajęta przez 3 chłopaków. Profilaktycznie postanowiłem sprawdzić kto zacz i wyszło, że to tubylcy w moim wieku, przy tym normalni*, więc można biwakować.
*Normalność to pojęcie względne. Chłopakom nudziło się na plaży więc od 3 dni kopali dołek. Najpierw od niechcenia rękami, później saperkami i łopatami. Kiedy ich spotkałem wykopali już 3 lub 4 metrowy biedaszyb i dokopali się do wody. Wisła jednak przyciąga specyficzny typ ludzi. Opasawszy się cumką i asekurowany przez nowopoznanych kolegów oczywiście zlazłem do dołu. Głupio, gdyby mnie tam zostawili lub zasypali, ale cóż, ryzyko zawodowe.:) Po tym jak chłopaki i odwiedzające ich dziewczyny wrócili do domów zrobiłem sobie ognisko, zjadłem kolejnego pstrąga i uważając aby nie wpaść do kilkumetrowego dołu poszedłem spać.

Dzień 5: Góra Kalwaria-stolica. Znów niezbyt długie pływanie. Bardzo przydała mi się lornetka, pomagając wypatrzyć przejście między trzema statkami-refulerami, Grubą Kaśką i jeszcze czymś. Mijałem również plażę nudystów gdzie bardzo sympatyczne nagusy życzyły mi dobrej drogi. Ostatecznie dopłynąłem do portu czerniakowskiego, gdzie przycumowałem moim dmuchańcem jak PRAWDZIWA ŁÓDŹ. Chociaż całego tego cumowania była w sumie z godzinka to jednak i tak duma rozpierała mnie do końca dnia. Łódkę zwinąłem, akcesoria spakowałem i zostawiłem w przyjaznym bosmanacie. W porcie poznałem Rafała prowadzącego spływy tradycyjnymi wiślanymi pychówkami z rozprzem, z którym umówiłem się za dwa dni na jeden krótki spływ do Gassów w górę rzeki.
Łódka została w hangarze, ja wróciłem na dzień do Pabianic i trzynastego w piątek ruszyliśmy z Warszawy do Gassów.
Flotylla liczyła trzy łodzie - dwie pychówki i jeden galar (jednostka tak duża, że na środku znalazło się miejsce na palenisko i kociołek, a burty miał umajone niewielkimi brzózkami).
Ze względu na wiatr i czas, zamiast na żaglach szliśmy na silnikach, jednak i tak było super! Przy okazji chciałem wszystkim polecić chłopaków z Domu Wisły - robią świetną robotę, zwracają rzekę ludziom a w wakacje okazji do pływania z nimi po stołecznym odcinku wisły jest naprawdę sporo - polecam pogrzebać w sieci. Wyszła z tego reklama, ale cóż.
Po powrocie ze spływu podmiejskim autobusem wróciłem do stolicy, przespałem się u znajomych i kolejnego dnia ruszyłem dalej.

Dzień 8 (o ile dobrze liczę): Koło południa dotarłem do portu, akurat w trakcie wodowania przeszła po mnie spora ulewa, ale taki już urok spływu. Wiało tego dnia dość mocno (jak na dmuchany kajak) bo 3 a w porywach i więcej. Wszystkiego przepłynąłem ze 20 km, po czym zaliczyłem PRZYGODĘ. Przygoda polegała na tym, że na Wiśle na wysokości Legionowa były 2 wyspy. Szlaku jeszcze nie wytyczono, nurtu nie widziałem a więc wylosowałem sobie odnogę, którą będę płynąć. Okazało się, że cała odnoga przegrodzona jest groblą z kamieni. Myślałem, że jednak jakiś przesmyczek się znajdzie, podpłynąłem więc bliżej. Przesmyczek się nie znalazł, za to przyspieszający nurt zniósł mnie na kamienie. Cóż, musiałem wysiąść i przeciągnąć łódkę do brzegu. Ostatnie parę metrów kamienie schodziły jednak pod wodę, a ze względu na szybki nurt w tym miejscu nie chciałem iść - pomyślałem, że te kilka metrów do brzegu przepłynę na łódce, potem przeniosę ją brzegiem i tyle. Niestety przy wsiadaniu jakoś mocniej zachybotało i ostatecznie wpadłem do wody a łódka zrobiła wywrotkę. Szybko ją złapałem i doholowałem do brzegu, jednak straty okazały się dotkliwe. Połowa zapasu wody (1,5 l) popłynęła z prądem a lornetka poszła na dno. Robiło się późne popołudnie, więc doszedłem do wniosku, że to znak aby dalej nie płynąć i rozbiłem sobie obóz na sympatycznej wiślanej wysepce.
Komarów o dziwo było ciut mniej niż zazwyczaj, za to ognisko musiałem rozpalać z godzinę, tak wszystko było mokre (i tak nie umiem rozpalać;).

Dzień 9 Rano zwinąłem manatki i już bez wiatru, jednak w drobnym deszczyku i chmurkach popłynąłem przed siebie. Minąłem Modlin, rzuciłem okiem na twierdzę, jednak bez zwiedzania i wpływania na Bugonarew ruszyłem dalej. Kawałek dalej na prawym brzegu, na skarpie zauważyłem wielki napis "ZAKROCZYM", wybetonowany slip i taras widokowy. Zakroczym zaskoczył, większość mijanych do tej pory miast raczej odwracało się od wody (podejrzewam w tym strategię bezpieczeństwa narodowego, gdyby wróg zaatakował nas desantem od strony rzeki większość miast pozostanie niezauważone;) a tutaj takie cuda... Po przycumowaniu wdrapałem się stromym slipem na skarpę (nie zauważyłem schodków) po czym ... konsternacja. Wlazłem komuś na podwórko. Stał co prawda cokół z kotwicą, ale stał też dom, w ogrodzie porozrzucane były dziecięce zabawki, po dojściu do domu wewnątrz zauważyłem młodą kobbietę bawiącą się z dzieckiem. Nieco dziwne jak na wejście do miasta, no ale co ja tam wiem...
Po krótkiej autoprezentacji zaczynającej się od słów: "dzieńdobry, nie jestem złodziejem, ale chyba przypadkiem wlazłem Państwu do ogródka..." zapytałem miłą panią gdzie ja właściwie jestem i gdzie tu jest sklep, bo muszę uzupełnić zapasy. Okazało się, że posesja jest rzeczywiście prywatna, a napis i taras to po prostu fanaberia taty. Okazało się również, że nie jestem pierwszym wodniakiem, który do nich zawitał. Zarówno córka jak i ojciec nie potrafili wyjaśnić jak dojść do sklepu, za to wzamian podwieźli mnie tam i z powrotem. Jeżeli przypadkiem to czytają to bardzo, bardzo dziękuję.:) Wnioski: mieszkasz nad rzeką, lubisz towarzystwo? Zrób napis z nazwą miasta, goście sami przypłyną!
Drugim ciekawym spotkaniem tego dnia była trójka kajakarzy płynąca od zerowego kilometra do Gdańska. Panowie mieli normalne kajaki (sztywne) mogli więc sobie pozwolić na spore dzienne dystanse, 60 do 90 km, dla mnie marzenie ściętej głowy.
Chwilkę pogadaliśmy, poprosiłem ich o zrobienie pamiątkowego zdjęcia (do tej pory nie miałem żadnej fotki na kajaku) po czym popłynęli dalej (ja też, ale już swoim tempem).
Dzień zakończyłem wpływając do strefy świecącego słońca, co było bardzo przyjemne. Widok z namiotu miałem równie przyjemny - biwakowałem naprzeciw Czerwińska n. Wisłą. Na lewym brzegu, naprzeciw miasteczka znalazłem sobie w zaroślach akurat tyle miejsca aby zmieścił się i kajak i namiot. Tradycyjnie opędzając się od komarów w dobrym nastawieniu poszedłem spać. Prawdopodobnie za sąsiada miałem bobra, lub coś co wskakuje do wody w podobny do bobra sposób.

Dzień 10: Od rana słońce, komary gdzieś poznikały, mogłem więc w spokoju napić się porannej kawy, spakować się bez pośpiechu i ruszyć dalej. Po niedługim czasie minąłem wielki czerwony napis Wyszogród i korzystając z dobrej pogody kilka kilometrów za miastem, na jednej z wiślanych piaszczystych łach zrobiłem sobie pranie. Po kolejnych kilku kilometrach spotkałem chłopaków z fundacji Dom Wisły, wracających ze swoimi łodziami z wodnej pielgrzymki Gassy-Płock. Chociaż planowałem tego dnia spokojne pływanie połączone z suszeniem gaci, to jednak superlatywy jakimi obsypali portowe miasto Płock w ogóle i przystań Morka w szczególe spowodowały zmianę planów. Postanowiłem pogonić ile się da, a nuż do wieczora dopłynę do Płocka. Mimo, że sam zbytnio w to nie wierzyłem - udało się! Żeby było śmieszniej koło 20, kiedy byłem już na opłotkach (nomen omen) Płocka, zebrała się taka duża czarna chmura, że zrobiło się ciemno jakieś dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj. Chociaż do Morki dopływałem właściwie po ciemku (czego się obawiałem i wolałem unikać) to jednak los mi to wynagrodził ślicznym widowiskiem - przepływając pod mostem drogowo-kolejowym zaświeciła się cała jego iluminacja. Czułem się, jakby to było specjalnie dla mnie i w nagrodę za te 50 przepłyniętych kilometrów. W Morce przekonałem się, że ani jedna z dobrych opinii o państwie bosmaństwie nie była przesadzona. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wynająłem pokój (tanio, a jaki widok z okna!) i poszedłem spać.

Dzień 11: Zwiedzanie Płocka.

Dzień 12: Wczesnym popołudniem wypłynąłem z gościnnego Płocka, jednak z obietnicą, że jeszcze tu wrócę na Dni Wisły za kilka dni. Było to tym bardziej możliwe, że moim kolejnym przystankiem był położony o jakieś 15 km dalej Nowy Duninów, a w nim ośrodek Pabianickiego Klubu Sportów Wodnych, gdzie daaaawno temu uczęszczałem. Trochę wiało, a że słyszałem już sporo opinii o możliwych warunkach na zalewie włocławskim profilaktycznie szybciutko przepłynąłem na lewy, płaski brzeg i trzymając się go na wieczór dobiłem do Duninowa. Czy wspominałem już, że wiało? Wiało.

Dzień 13,14 i 15 (chyba): Duninów. Właściwie dobrze się złożyło, że pogoda zepsuła się akurat wtedy. Kilka dni na odpoczynek plus gruntowne wyczyszczenie łódki plus baza wypadowa na płockie Dni Wisły plus jednego dnia mogłem sobie w szklarniowych warunkach (przy pomoście czekała motorówka, gotowa w razie potrzeby mnie ściągać) pożeglować. Tam też przekonałem się, że ster jest hmmm... do poprawy.
Kolejnego dnia, jeśli nie będzie strasznie postanowiłem ruszać.

Dzień 16: Planowo miałem odpłynąć już o 4 rano, meteo wskazywało, że rano najmniej wieje, stąd też spodziewałem się dotrzeć do tamy zanim się zalew poważnie rozbuja. Życie jak zwykle zweryfikowało plany. Wypłynąłem po 6, mimo słów bosmana, że jak jeszcze dzień zostanę to wstydu nie będzie, ma wiać. Za bycie mądrzejszym nawiosłowałem się sporo. Najpierw wpłynąłem na mieliznę (prędzej bym się diabła spodziewał niż mielizny na zalewie) i kawałek musiałem łódkę przeciągać, później zaczęło wiać i musiałem się solidnie namachać. Ale nic to. W pewnym momencie na lewym brzegu utworzyła się taka zatoczka. Programowo płynąłem blisko lewego brzegu, żeby w razie metrowych fal o których się nasłuchałem szybko zwiać na brzeg. Pomyślałem sobie jednak "aaa, taka mała zatoczka, skrócę sobie drogę". Błąd. Przede mną pojawiła się jakby mgła i po niedługim czasie przestałem widzieć prawy brzeg, a po jeszcze chwilce ledwo dostrzegałem koniec zatoczki. Ponieważ jestem ostrożny i płynięcia we mgle nie przewidywałem obiecałem sobie dopłynąć tylko do końca zatoczki i przeczekać mgłę. Jak tylko to pomyślałem zaczęło kap, kap, padać. Po kilkunastu sekundach zaczęło lać. Po kilku następnych sekundach oberwała się chmura, ja zrobiłem w tył zwrot i razem ze wściekłymi (choć nie ogromnymi) falami co sił zapieprzałem do brzegu. Pod sam koniec złapał mnie nawet lekki grad.
Na brzegu oczywiście żadnego krzaczka, więc tylko przeczekałem, zjadłem całą czekoladę, napiłem się wody i cały mokry (mimo, że w piance do nurkowania) ruszyłem dalej. Sytuacja z mgłą/ulewą powtórzyła się po godzince, ale mądrzejszy o niedawne doświadczenia zawczasu schowałem się pod drzewko. Po godzinie oglądania deszczu spod krzaka znów ruszyłem dalej i po raz kolejny po jakimś czasie musiałem przymusowo podziwiać przybrzeżną roślinność.
Na szczęście do trzech razy sztuka i złe poleciało z wiatrem w kierunku, z którego wypłynąłem. Popołudniem udało się dobić do portu we Włocławku i tu pojawił się dylemat: jak obejść tę zaporę. Na pewno lewą stroną, tam gdzie śluza, ale jak? Kajaków podobno nie śluzują... Zresztą z zasłyszanych po drodze wieści byłem przekonany, że ze względu na remont śluza i tak nieczynna. Zapamiętać: zasłyszane informacje zawsze weryfikować na miejscu. Po chwilce kręcenia się w kółko w poszukiwaniu kogokolwiek ze śluzy (zatrzymałem się sporo przed) wyszli do mnie dwaj baaardzo pomocni panowie z bosmanatu. Nie dość, że pozwolili pożyczyć wózek do przenoski, to zaoferowali miejsce na namiot (zbliżał się wieczór) i -UWAGA- zadzwonili do jednego z ostatnich prześluzowujących się w tym sezonie jachtów, czy nie wzięliby mnie na hol i nie prześluzowali razem z nimi. Wzięliby. Następnego dnia, w moje urodziny, o 9 rano miałem więc prześluzować się z jachtem Bo - Ra. Lepszego prezentu nie mogłem sobie wymarzyć (przed wyjazdem widziałem śluzowanie na YT i bardzo chciałem zobaczyć na własne oczy).
Info praktyczne: bosmanat jest nowy, port monitorowany, za drobną opłatą można wziąć prysznic, skorzystać z kuchni, uprać, słowem szaleństwo.

Dzień 17: Urodziny! Zaczęły się jednak dziwnie. W nocy słyszałem jakieś szelesty i hałasy przed namiotem, jednak sądziłem że to wiatr wieje. Rano okazało się, że jednak nie, zginęła mi z przedsionka torba podróżna. Dziwne, bo nie było w niej nic cennego dla ewentualnego złodzieja - właściwie to tylko ożaglowanie, trochę jedzenia, buty i susząca się pianka. Jeszcze dziwniejsze, bo ponoć teren wokół bosmanatu miał być monitorowany. Jeszcze dziwniej zrobiło się po wyjściu przed namiot - torba okazała się leżeć jakieś 100 m. od namiotu, kolejne metry dalej - pianka. Zgłupiałem do reszty. Po krótkiej inspekcji zawartości torby układanka się ułożyła - nie był to wiatr, do przedsionka rzeczywiście się włamano, a torbę wyciągnięto. Złodzieja też miałem właściwie na widelcu, jednak nic mu nie mogłem zrobić: był to pies, zeżarł kiełbasę.
W urodzinowym nastroju życzyłem pieskowi smacznego, zwinąłem namiot i w ostatniej chwili spotkałem się z żeglarzami, z którymi miałem się śluzować (sądziłem, że pojawią się w marinie o 9 rano, wyszło, że o 9 mieli umówione śluzowanie - truizm, ale warto dokładnie zawczasu dogadywać takie rzeczy).
Po dopłynięciu do śluzy czekaliśmy jeszcze pół godzinki - miała do nas dołączyć jeszcze jedna jednostka - ku mojemu zdziwieniu okazał się nią galar, na którym niedawno jeszcze widziałem chłopaków z Domu Wisły.
Śluzowania opisywał nie będę, ale różnica poziomów rzeczywiście robi wrażenie. Ponieważ a) wiało b) bardzo chciałem urodziny spędzić w Toruniu, a nie przybrzeżnych krzakach Bogdan i Radek z łódki zaofiarowali się podwieźć mnie tam - kajak na holu działał jak dryfkotwa, wsadziliśmy więc łódkę na łódkę i na silniku poszliśmy na północ. Na miejscu byliśmy po południu, umówiliśmy się, że skoro zostają w Toruniu do jutra, to rozłożę sobie tylko namiot na kempingu, zjem coś i wrócę świętować z nimi urodziny. Jak postanowiłem tak zrobiłem i w efekcie choć niewielkie, to jednak urodziny na łódce w toruńskim porcie były jednymi z moich najlepszych urodzin w ogóle.

Dzień 18, 19, 20, 21, 22: Planowany krótki pobyt w Toruniu z różnych przyczyn wyewoluował do prawie tygodnia. O lądowych przygodach na forum wodnym nie ma co pisać, w każdym razie bardzo miło będę wspominał to miasto i na pewno jeszcze do niego wrócę. Skoro już wspomniałem o wracaniu - powrót na wodę miałem dość ... huczny. O ile kiedy wpływaliśmy z Bogdanem i Radkiem do portu (otwartego ponoć dwa tygodnie wcześniej) to nie było w nim nikogo oprócz nas (gwoli ścisłości mimo instalacji nie było nawet wody i prądu), o tyle w drugą stronę... najpierw, gdy przenosiłem łódkę z hangaru sympatycznych WOPRowców (bo tam ją sobie przechowywałem) do portu okazało się, że wpływają do niego dwa kajaki z panelami solarnymi i psem, zaś na slipie grupka Czechów montuje łajbę na pontonach. Wodni Czesi (lekki dysonans poznawczy;) zgodzili się nawet przypilnować złożonego kajaka na kilka godzin mojej nieobecności. No, w każdym razie, po południu wracając ostatecznie i definitywnie do portu na nabrzeżu napotkałem dzikie tłumy, huczącą muzykę i ludzi o twarzach ufarbowanych różnokolorowymi proszkami - okazało się, że właśnie w miejscu i godzinie mojego odjazdu odbywa się toruński Festiwal Kolorów. Czaru tego npopołudnia dopełniał unoszący mi się nad głową filmujący wszystko dron oraz grupa samolotów niewiele wyżej wykonująca powietrzne akrobacje. Jak wypływać to w wielkim stylu! ;) Ruszając po południu daleko nie upłynąłem (pod Solec Kujawski), za to cały czas płynąłem w kierunku zachodzącego słońca, które tego dnia było chyba najładniejsze z całego spływu.
Żeby nie było jednak do końca idealnie, miejsce na nocleg wybrałem sobie w swoim stylu - na kilkunastometrowej piaszczystej skarpie. Jak wciągnąłem łódkę i bagaże na górę było już właściwie ciemno. Rozłożyłem namiot, zjadłem coś na szybko i poszedłem spać.

Dzień 23: Raz, że miałem doświadczenie, dwa, że miałem (dosłownie) z górki. Pakowanie i wodowanie poszło naprawdę szybko. Minąłem Solec Kujawski z wielką fabryką cementu (?) na lewym brzegu i dopłynąłem do Bydgoszczy. Tu otarłem się o śmierć - płynąłem sobie spokojnie środkiem rzeki, gdy na lewym brzegu dostrzegłem łabędzie. Pan łabądź, pani łabądź i małe łabądki. Ponieważ ze względu na maleństwa rodzice nie mogli tak po prostu odlecieć/odpłynąć tatuś łabądź zmienił taktykę i obrał kurs na mnie. Czytałem kiedyś, że ptaszysko może skrzydłem złamać rękę dorosłemu mężczyźnie, nie pragnąc się więc o tym przekonać na własnej skórze, wytyczyłem sobie nową, maksymalnie odległą od wkurzonego łabędzia trasę. Ten kawałek jeszcze mnie pogonił i udowodniwszy wszystkim kto tu rządzi wrócił do rodziny i przestał interesować się paranoicznym kajakarzem. Za Bydgoszczą zjadłem drugie śniadanie i ruszyłem dalej. Ambitny plan zakładał dopłynięcie do Chełmna. Ambitny plan zweyfikowało życie: a) pomyliła mi się kolejność, myślałem że najpierw jest Świecie, potem Chełmno a wyszło odwrotnie b) chłopaki z mijanej motorówki bardzo polecali kemping i port (odważne określenie na 1 pomost) w Świeciu. Jak łosoś popłynąłem więc jeszcze 2 km rzeką Wdą pod prąd i moim oczom ukazał się jedyny krzyżacki zamek wodny, wymieniony wcześniej pomost i leżący tuż przy zamku kemping.
Tu również nie było grama przesady w poleceniu - miejsce naprawdę super i każdemu, kto będzie szedł podobną trasą polecam się tu zatrzymać (nie, nie płacą mi;). Są nowe sanitariaty, jest specjalna wiata na kajaki (kemping to rodzinny interes, syn właścicieli pomógł mi przenieść rzeczy i kajak z pomostu), są gniazdka, jest gdzie się rozbić a w razie czego są i domki (nie wiem czy czynne). Jest wreszcie ciekawy widok z namiotu - zamek.

Dzień 24: Rano okazało się, że stojący koło mnie camper na niemieckich blachach należy do niemieckiego Polaka, spędzającego emeryckie wczasy w Polsce. Okazało się też, że sąsiadowaliśmy na kempingu w Toruniu - świat jest jednak mały. Pan był bardzo dumny ze swojego campera i pokazał mi i opisał chyba wszystko co było w nim do pokazania i opisania. Dowiedziałem się też od niego, że w Chełmnie, mimo, że stamtąd pochodzi kemping jest mówiąc oględnie średni i dobrze zrobiłem decydując się na Świecie. Pozwiedzałem zamek, zrobiłem zakupy, popołudniem zwinąłem manatki i choć bez słońca to jednak i bez deszczu wróciłem na Wisłę i spokojnym tempem dopłynąłem do Grudziądza. Tutaj tradycyjnie miałem piękny widok z namiotu - rozbiłem się kawałem za starówką i tradycyjnie - musiałem wciągać kajak na skarpę (tym razem już tylko kilka metrów). Równie tradycyjnie komarów było od groma, a miejsce na skarpie musiałem sobie udeptywać (wysokie trawy, pokrzywy, etc.). Na szczęście torba podróżna i beczka wspaniale spełniały rolę walca.

Dzień 25: Rano jeszcze świeciło słońce. Zebrałem się więc i popłynąłem. Niestety stan rzeczy zaczął się zmieniać na wysokości rozebranego mostu w Opaleniu. Właściwie to chwilkę za mostem miałem powtórkę z zalewu włocławskiego: przestałem widzieć drugi brzeg i lunęło. Choć znalazłem kryjówkę pod drzewem, to jednak zanim do niej dotarłem trochę mnie zlało. Szybko przebrałem się w piankę i trochę bardziej przygotowany czekałem aż czarne chmurzyska przejdą. Zanim przeszły spróbowałem wypłynąć, po jakiś 50 przepłyniętych metrach znów oberwanie chmury. Nic już nie mogłem poradzić - musiałem czekać. Po jakiejś godzince zrobiło się na powrót jasno, wyszła ładna tęcza a ja ruszyłem dalej, aby na koniec dnia dopłynąć na urokliwą plażę naprzeciw zamku w Gniewie. Choć plaża miała już lokatorów - sarenkę z młodymi, to jednak zwierzęta zwinęły się kiedy przybiłem do brzegu. Nocleg był nie w moim stylu bo na płaskim.;) Były za to komary, a że nie chciało więc mi się łazić i zbierać chrustu na ognisko - zrobiłem na szybko na palniku jajecznicę, o której marzyłem od początku spływu i żegnany prześlicznym zachodem słońca i widokiem na gniewski zamek - poszedłem spać.

Dzień 26: Powtórka z rozrywki. Rano świeciło słońce, gdy zaczynałem się pakować zrobiło się jakoś tak dziwnie ciemno. Profilaktycznie zrezygnowałem z pakowania namiotu i schowałem się pod nim. I bardzo dobrze bo najbliższe 2 godziny lało. Złamał mi się też drugi pałąk od namiotu, i jakiś czas (szczególnie jak wiało) musiałem tropik przytrzymywać ręcznie. Kiedy się przejaśniło szybko owinąłem pałąk ductapem, spakowałem wszystko wsiadłem na łódkę i przeżyłem kolejną ulewę i wicher. Na szczęście przedostatnią tego dnia. Podejście miałem już jednak takie, że skoro i tak jestem mokry, leje i wieje - mam to gdzieś, płynę ile się da. Jak się okazało dało się wcale nieźle bo aż do Tczewa. Przy dobrej pogodzie. Kawałek drogi leciał wzdłuż Wisły wojskowy helikopter, miałem więc swego rodzaju eskortę. Bardzo się tym Tczewem ucieszyłem, jak się okazło - przedwcześnie. W porcie owszem, mogę przycumować (a właściwie spakować kajak, przechować go w kotłowni portu i zapłacić za cumowanie), jednak znaleźć noclegu nie mogę. Miejsc noclegowych nie przewidziano. W ogóle w Tczewie miejsc noclegowych poniżej stówy nie przewidziano. Za to przewidziano opieprzanie ludzi przez złą babę, za takie fanaberie jak próba rezerwowania pokoju przez telefon po godzinie 20, przewidziano również starszego recepcjonistę, który na proste pytanie "czy jest wolny pokój poniżej 100 zł" zrobił mi wykład na temat tczewskiej bazy noclegowej na przestrzeni dziejów zakończony stwierdzeniem, że "Panie, za komuny było lepij". Ostatecznie noc spędziłem na podłodze w porcie.

Dzień 27: Niedowierzając, że to ostatni etap podróży nieśmiało wyruszyłem przed siebie. Z wartych odnotowania chwil - przepływanie pod ostatnim mostem na Wiśle w Kiezmarku umilił mi kierowca ciężarówki, który mi trąbił na szczęście. Kawałek dalej, już w okolicach Przekopu minąłem pchacz i dwie barki - ten też mi trąbnął. No skoro tak, to będę miał szczęście i dopłynę do morza. Do ostatniej chwili zostawiałem sobie decyzję, czy iść prosto Przekopem, czy skręcić w Martwą Wisłę. Zadecydował los, pogoda i lenistwo. Mijając śluzę w Przegalinie byłem akurat na prawym brzegu, a nie chciało mi się już odbjać do śluzy. Poza tym nie wiało i pomyślałem, że a nuż się uda (naczytałem się, jakie to straszne warunki mogą się utworzyć na Przekopie przy północnym wietrze i do ostatniej chwili wypatrywałem metrowych fal). Kawałek po minięciu śluzy zatrzymałem się na prawym wyłożonym kamieniami brzegu, zadzwoniłem do domu, pośliznąłem się i omal bym głupio nie skończyłem przygody topiąc telefon. Na szczęście nie utopiłem, za to dostałem naukę na przyszłość - do samego końca (a właściwie szczególnie przy końcu) nie warto tracić koncentracji.
Widoku kończącej się Wisły nie zapomnę, mieszanina podziwu, niedowierzania i strachu co mnie tam czeka. Na szczęście nic złego tam na mnie nie czekało, płynęła sobie za to motorówka Instytutu Morskiego, której załoga porobiła mi zdjęcia, poopowiadała trochę o rzece, ujściu i kajakarstwie (jeden miał ponoć przepłynięte wszystkie nasze rzeki, jeśli to czyta to pozdrawiam!:) i popłynęła dalej. Ja zaś odbiłem w lewo, opłynąłem rezerwat Mewia Łacha (nie można się zatrzymywać ze względu na gniazdujące ptaki) i po około 1 mili morskiej, przy dźwiękach soundtracku z filmu 1942 dopłynąłem do plaży. Koniec spływu!
Sam w to nie wierząc, wyciągnąłem łódź głęboko na plażę i ległem na piasku. Udało się. :)

Epilog: Plaża w Świbnie to świetne miejsce na ostatni biwak/nocleg. Jest bardzo spokojnie i pusto, można zbierać bursztyny, można obserwować rzadkie ptaki i foki (największa kolonia w Polsce). W samym miasteczku jest rozwinięta baza noclegowo turystyczna, autobusy (w tym i nocne) jeżdżące do Gdańska ok 40 min., kilka smażalni i sklepy.

Koniec. :)
przez kubakokos
15 sierpnia 2014, o 16:26
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Pilicą do Wisły, Wisłą do Bałtyku.

Ja rowniez dziękuję za rzetelna relacje :) Czytalem jak dobra powiesc przygodowa :).Zdjecia koniecznie MUSISZ tu zamiescic :||: .Jestem pod wrażeniem calej organizacji splywu. Wielkie brawa :||:

No skoro tak, to nie ma rady, zamieszczam. ;) W końcu nauczyłem się jak. ;)

Przyłącze sie do gratulacji za niesamowitą wyprawę! :||:
Relacje jeszcze nie przeczytałem, dopiero wstęp ;) ale już jestem pod wrażeniem.
Również bardzo liczę na zdjęcia, chociaż po to, żeby zobaczyć sevylora pod żaglami. Mam nadzieję, że znajdę dzisiaj dłuższą chwilę, żeby przeczytać całość.
Ps. Witamy na forum!

Sevylorek pod żaglem, się robi! :)

https://lh6.googleusercontent.com/-1cm-1HuMgak/U-9bBPCfX7I/AAAAAAAAEN4/p7P7nfV4EpU/w564-h423-no/IMG_20140610_124234.jpg

https://lh3.googleusercontent.com/-4CQayW8mzSc/U-9bJN_ISCI/AAAAAAAAENg/2zkVhuLEdDw/w564-h423-no/IMG_20140610_124310.jpg
przez kubakokos
16 sierpnia 2014, o 17:20
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: NA RYBY - kajakiem, pontonem kanu...

Wczoraj w samo południe płynąłem swoim Bugiem od siebie do Kamieńczyka i trochę spiningowałem, woda mocno opadła i nie liczyłem na nic konkretnego.
Sprzęt delikatny: wędka shimano alivio 10-30g, żyła 0,24mm, kołowrotek spro passion fd 730, przypon wolframowy, przynęta- kopytko czarno żółte na 8g główce.
Spotykani po drodze wędkarze narzekali na "trzęsącą" się pogodę i silny wiatr. Generalnie popelina.
Ostry zakręt, silny nurt, piękna przykosa z wypłyceniem, małą plażą i głębią ponad 5m. Przyparkowałem kajaczkiem i nie wysiadając zacząłem rzucać. Łapałem z opadu rzucając tuż powyżej przykosy by nurt znosił na głębię gumę. I nagle jeb! Myślałem, że zaczep ale po chwili okazało się, że jednak ciągnie i to solidnie. Kajak zaczęło ściągać z piachu przy brzegu więc szybki skok na wodę do klatki (jeszcze krok, dwa i byłoby ze 2-3metry), na brzeg i się zaczęło. Myślałem, że to sum bo siła ryby była konkretna, od razu wiedziałem , że na wędce zaciąłem coś grubszego. Siłowalem delikatnie i spokojnie, ryba cały czas murowała, gdy tylko trochę ją odciągałem od dna znowu cisnęła w dół i w środek nurtu. Na szczęście nie było ani powalonych drzew ani głazów. Po kilku minutach powoli, powoli zacząłem odzyskiwać żyłkę. Gdy zobaczyłem ją na powierzchni zupełnie byłem zbity z tropu, wiedziałem, że nie sum więc może wielki boleń ale był za silny. Po kilku odbiciach zlądowałem rybę wyślizgiem na piasek plaży.
Szok, co za bydlak wielki, po drugiej stronie brzegu był znajomy, który strzelał fotki (niebawem wrzucę). On też nie był pewien, ja myślałem, że to jesiotr ale w Bugu...
Następny wędkarz rozwiał wątpliwości -brzana :D :D :D !!! ryba dość rzadka na tym odcinku rzeki.
Dziś się wszystko wyjaśniło:
nie dość, że to moja pierwsza brzana w życiu, to miała 82cm, 5,5 kg i 39 cm w obwodzie. To złoty medal Polski -PZW. Rekord Polski to 85 cm więc mało brakowało-niezła jazda :D

https://lh5.googleusercontent.com/-bmA4MOk50a8/U_HwodKdr7I/AAAAAAAAFdw/_Lnl38_GFXY/w640-h480-no/SPM_A0010.jpg
przez maciekt1000
18 sierpnia 2014, o 14:25
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Wieprz 30 - 31 sierpnia

Ja na razie stoję na tym, że startuję z rana i spotykam się z Magą i skoredem w Jaszczowie. Spływ zaczynamy z Trawnik gdzie mamy zamiar przejąć Pointera.

To w koncu jakim skladem jedziecie? Ile osob na dmuchancach?
Skład się póki co zwiększa

Jeśli nie będzie wojny to:
2 ElTechy
skored
Maga
Amico
Pointer
Ropuch
Czołg
To tyle co pamiętam. Goście mile widziani.
Maga, Amico i Pointer na dmuchańcach.

Tedziu! Odezwij się brachu....
przez Czołg
19 sierpnia 2014, o 09:39
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

Re: Pocztówki z łódkami, ładne obrazki, zdjęcia.

Ostatnio tu nie zaglądałem i teraz nadrabiam. Piękne zdjęcia :shock:
Artur niewidzialna łódka jest super, Maga Piękna fota, peterka idealny kadr, idealna pora dnia :D
:||: :||: :||:
przez ra_dek
19 sierpnia 2014, o 12:40
 
Skocz do działu
Skocz do tematu

cron